Spektakl „Całe życie w dresach” – Ba-Ku teatr – fotorelacja

Aktorka i reżyser. Znają się od dawna, bo już w połowie lat 90. spotkali się w poznańskim teatrze offowym Strefa Ciszy. Ich drogi potem się rozeszły, ale nie mogły się nie skrzyżować ponownie, skoro Joanna po kliku latach opieki nad niepełnosprawnym synem wróciła do działań scenicznych, a Przemysław w międzyczasie rozkręcił Inny Festiwal skupiony m.in. na osobach niepełnosprawnych. „Zrób coś, skoro w Twoim życiu jest Jeremi” – powiedział Prasnowski. „To może spektakl” – odpowiedziała Boczko. „OK, ale musisz napisać sama tekst” – dodał późniejszy reżyser „Całego życia w dresach”.
Justyna Tomczak-Boczko opiekuje się niepełnosprawnym synem. Jeremi ma 7 lat i jeszcze przed urodzeniem zaraził się wirusem cytomegalii. Cierpi na małogłowie i kilka innych poważnych schorzeń. Justyna sporo o swych codziennych problemach pisała na profilu FB, więc od dawna wiele zdarzeń i towarzyszących im emocji odnotowywała. Dla niej samej – jak przyznaje – przejście od codziennych postów do tekstu pisanego na scenę nie było takie trudne. Nawet obawiała się, czy ten twórczy proces nie przebiega u niej nazbyt prosto. Monolog, który przyniosła reżyserowi, miał ponad 100 stron i był stanowczo za długi, by go w całości zaprezentować w teatrze, ale był jednocześnie wielce obiecującym materiałem, bo chyba nikt wcześniej tak trafnie nie uchwycił absurdu, jakiego doświadczają chorzy i ich opiekunowie w szpitalach i nikt nie wykazał tyle – pełnego humoru – dystansu do swej niezwykle trudnej sytuacji życiowej. Przemysław Prasnowski, doświadczony twórca teatru alternatywnego, budując spektakl dostrzegł wagę społecznościowych portali w codziennym funkcjonowaniu osób niepełnosprawnych oraz znalazł przestrzenną metaforę dla wysiłku, jakim wypełniony jest każdy dzień matki opiekującej się dzieckiem, które cierpi z powodu kilku chorób jednocześnie. Aktorka opowiada zatem o swych problemach… w siłowni, podnosząc ciężary, ćwicząc z hula-hop czy wykonując jogowe asany.
Ten monodram balansuje pomiędzy teatrem a osobistym zwierzeniem, między sztuką a życiem, ale wszystko w tym scenicznym zdarzeniu uwiarygodnia Justyna jako aktorka i matka jednocześnie – osoba, która przeżywa, ale jednocześnie potrafi „wyjść z siebie, stanąć obok” i śmiać się, zarówno z reakcji otoczenia, jak i własnych. „W poznańskim Baraku Kultury staramy się opowiadać o ludziach żyjących na marginesie, o mniejszościach. Ludzie z niepełnosprawnością w naszym kraju są tak traktowani. Staramy się jednak mówić o tym z dystansem, nie popadać w smutek, melancholię czy litość. Podejście Justyny niesamowicie przypadło mi do gustu. W tym spektaklu, mam świadomość, balansujemy na granicy, ale Justyna jest w nim gwarancją prawdy” – powiedział nam Przemysław Prasnowski, koordynator merytoryczny fundacji.
„Myślałam, że zagram to przedstawienie najwyżej dwa razy, ale zapotrzebowanie jest znacznie większe, więc opowiadam o sobie i Jeremim już dwa lata” – mówiła nam Justyna Tomczak-Boczko. Aktorka, pomimo entuzjazmu, z jakim przystąpiła do realizacji monodramu, miewała wątpliwości natury artystycznej. Na szczęście, jak przyznała, czuła się bezpiecznie pod skrzydłami tak mądrego i czułego reżysera jak Prasnowski. Z czasem zyskała potwierdzenie także ze strony środowiska teatralnego, bo „Całe życie w dresach” zostało wybrane spośród 224 zgłoszeń do finału 1. Konkursu na Najlepszy Spektakl Teatru Niezależnego „The Best OFF”.

Monodram operujący skrajnościami wywołuje różne emocje, ale niewątpliwie ma moc terapeutyczną, zwłaszcza dla wszystkich matek niepełnosprawnych dzieci. Niektórzy wychodzą z niego wzruszeni, inni – przygnieceni smutkiem. „Bardzo dużo ludzi po spektaklu chce się przytulać” – mówi z uśmiechem Justyna. „Jeśli już mówić o jakimś przekroczeniu granic, to z jednej strony ja nie mam dystansu, do tego, co pokazuję na scenie, z drugiej – publiczność też wychodzi ze swej roli”. Najważniejsze jest jednak – podążając za myślą aktorki – swoiste wyprowadzenie osób niepełnosprawnych z getta. Ten spektakl nie ukrywa, że życie osób chorych i ich opiekunów jest przepełnione łzami, ale podkreśla też, że jest w nim dużo uśmiechu. Może wszystkim pomóc w kontaktach z osobami niepełnosprawnymi, a także uświadomić, że niepełnosprawny nie równa się nieszczęśliwy. „Sposób mówienia o osobach niepełnosprawnych diametralnie się zmienił, a przecież – pamiętajmy! – język określa świadomość. Niepełnosprawni coraz chętniej pokazują się w przestrzeni publicznej i nie jest to kwestia niwelowania barier architektonicznych, lecz zmiany mentalności otoczenia. „Ludzie się już tak nie gapią, jak kiedyś, ale jest jeszcze wiele do zrobienia” – mówiła ze śmiechem Justyna.
A dlaczego spektakl nosi tytuł „Całe życie w dresach”? No cóż, wiedzą Ci, którzy nie przegapili wizyty Teatru Ba-Ku w Kaliszu i przyjęli zaproszenie na piątkowe popołudnie do Centrum Kultury i Sztuki.